Ja i mój Brat

Źródło siły - Janusz Korczak

Źródło siły - Janusz Korczak
 
- Nie wolno wchodzić do tramwaju z koszami – rzekł konduktor.
- Niech pan pozwoli – szepnęła nieśmiało.
- A kto za mnie karę zapłaci?
Konduktor rzucił okiem na bladą zmęczoną twarz kobiety, raz jeszcze zmierzył objętość pełnego bielizny kosza, mruknął coś pod nosem i zawołał:
- Siadać, siadać! A na drugi raz proszę ...
I nie dokończył.
Spojrzeli sobie w oczy i zrozumieli się. On wiedział dobrze, że ma przed sobą istotę, co pracuje nad siły, aby wyżywić z pracy rąk swych słabych – liczną rodzinę; ona pojęła, że biedny ciężko pracujący konduktor ulitował się nad jej dolą, wolał narazić się na przykrości ze strony kontrolera, niż odmówić jej tego kawałka miejsca i zmusić do dalekiej drogi w deszcz rzęsisty, z koszem ciężkim w ręce. A pilno jej było do domu, do dzieci.
Zawahała się.
- No, niech pani siada.
- Nie, to pójdę sobie.
- Kiedy mówię, żeby pani siadała.
- Nie, nie chcę.
W głowie jej powstał plan wielki i śmiały.
- Jazda! - zawołał konduktor – z tymi babami nigdy nie można dojść do ładu. Pieszo nie dojdzie z tym ciężarem, a dorożki na gumowych kołach przecież nie weźmie... A co mnie to obchodzi
Swoim gderaniem chciał zagłuszyć jakiś bolesny głos wewnętrzny.
Kobieta wolnym krokiem szła ku domowi. Et, dojdzie przecież, a dziesiątka pozostanie w kieszeni. Tak, dojdzie na pewno, do domu bliziutko, jakieś pięć ulic. Alboż raz dalej chodziła. Trochę deszcz pada, ale ma ona chustkę na głowie; taka chustka to tak jak parasol. Wprawdzie woda dostaje się jej do trzewików, ale czyż nie chodzą ludzie i boso? Bielizna nie jest lekka, ale może kosz przekładać z ręki do ręki, zawsze jedna może odpoczywać sobie. Jest zmęczona, bo dzis wstała o czwartej rano do prania, a na wsi, bywało, podczas żniwa i wcześniej się wstawało. Oj! Na tej wsi, na tej wsi. Pawełek był w tym roku na koloniach letnich, taki wrócił wesół i rumieniec zakwitł na twarzy. Bronia będzie już mogła na przyszły rok wyjechać; w tym roku była jeszcze za mała. Hm! dla matek nie ma kolonij. O, ten deszcz jest zimny jak lód. Ciężki kosz, ale za to jutro wstanie późno. I tak prać jeszcze nie może, bo węgli nie ma. Jeśli wypierze tę bieliznę, to będzie ze cztery złote.
Starała się nie myśleć o sobie, aby nie czuć zimna i ciężaru, ale stawało się to coraz trudniejsze. Już nie pocieszała jej myśl o zaoszczędzonej dziesiątce. Oj! ciężki kosz. Szkoda, że nie pojechała, zdrowie ważniejsze od tego miedziaka.
Szła jeszcze kilka minut. Teraz już niedaleko, ale sił nie ma. Stanęła i szepnęła boleśnie:
- Nie mogę.
Nagle myśl jedna sił jej dodała:
"Za tę dziesiątkę kupię dzieciom pierników".
Znów wzięła kosz i zdziwiła się. Kosz był lekki. Szła prędko.
"Moje dzieciny, skarby moje, jak wy się ucieszycie".
Szła coraz prędzej, prawie biegła. Nie, nie schowa dziesiątki do kieszeni. Co tam, i tak byłaby ją wydała.
Wstąpiła do sklepiku i kupiła przysmaki. Nie czuła ani zmęczenia, ani chłodu. Już była blisko.
Wpadła na podwórze, aż stróż drzemiący się zdziwił, wbiegła do swej izdebki, gdzie najstarsza dziewięcioletnia Kazia bawiła młodsze rodzeństwo, i zawołała z progu zarumieniona, szczęśliwa, odmłodzona:
- A żebyście, moje dzieci, wiedziały, co mama wam przyniosła?
Nie dziwcie się nigdy bohaterskim czynom matek, one mają tajemnicze źródło, skąd czerpią siłę i męstwo.
Źródłem tym m i ł o ś ć m a c i e r z y ń s k a.
 
Janusz Korczak